Losowy tekscik:



Zatrzymał jeepa na skraju osady, kilkadziesiąt metrów od najbliższego zabudowania, tuż przed drewnianą tablicą z nazwą miejscowości, i odezwał się:
-Musimy teraz wrócić do portu. ZSS płaci za wynajem kilku baraków, które przystosowaliśmy na garaże. Mam tam samochód. Tak jak mówiłem, będziemy jechać od razu, bez nocowania w tym mieście. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, jutro przed wieczorem będziemy w Kenlacji. Zejdziemy na ląd, zamienimy „Błyskawicę” na samochód, który wyprowadził z zaimprowizowanego w dawnym kontenerze budowlanym garażu, był prawdopodobnie tym samym jeepem z napędem na cztery koła, w którym wiózł Derrę do Veltro pamiętnego dnia trzeciego Mirtul 1631 N.I. Entorianka poznała to po przyjemnym w dotyku aksamicie, którym obita była tylna kanapa, oraz po nieco oleistym i ostrym zapachu grubego koca, przechowywanego w bagażniku razem z zapasem paliwa, którym starannie okręciła się dla ciepła.
Uradzili, że Derra pójdzie na tył, by móc się przespać, natomiast Lorana siądzie obok Aldorenta na siedzeniu pasażera. Quatessinka była znacznie bardziej wytrzymała na brak snu, więc zarwana noc nie mogła jej zbytnio zaszkodzić. Udało im się wcisnąć owczarka pomiędzy przednie fotele a kanapę ze śpicą. Gryf próbował początkowo ułożyć się w nogach swojej niewidomej pani, lecz Lorana stanowczo go stamtąd usunęła.
Aldorent wyjął podróżną apteczkę i zaaplikował sobie zastrzyk pobudzający. Wciąż z nich korzystał, kiedy chciał zachować pełnię sprawności fizycznej i umysłowej, a czaszka pękała mu z braku snu. W ostatnim roku starannie unikał tej konieczności, ponieważ zawsze potem ból w głowie nasilał się do granic wytrzymałości, a wyczerpanie stawało się tak wielkie, że przez dwie kolejne doby nie wychodził z łóżka. Ale tym razem nie miał innego wyjścia, jeśli chciał jeszcze nazajutrz odstawić Derrę do domu.
Wcześniej podróżował namiętnie nocami, próbując dowieść sam sobie, że z łatwością może obywać się bez wystarczającej ilości snu. Potem jednak, gdy jego życie uspokoiło się po dwóch nieudanych romansach, doszedł do wniosku, że w ten idiotyczny sposób nieświadomie próbował zatrzymać choć trochę czas i przedłużyć sobie młodość. Pragnął wtedy żyć bez opamiętania każdą sekundą, przeczuwając, że już niedłuo jego dobra passa się skończy. Teraz wolałby spać, chociażby na „Błyskawicy” lub w samochodzie. Mógłby to robić, nie troszcząc się o mijające życie, bo przecież miało ono trwać bardzo długo, do samego końca obdarowując go upragnioną młodością, przynajmniej tą fizjologiczną, jeśli nie mentalną.
Nastawił cicho radio. Tutaj, na samym wybrzeżu, nie łapał jeszcze sangackich stacji, ale udało mu się ustawić bez szumów jakiś program z muzyką rozrywkową z Buffalo. Trochę rozmawiał z Loraną. Ta nocna jazda we dwoje, jeśli nie liczyć pochrapującej w najlepsze nastolatki, w połączeniu ze spokojną, serdeczną rozmową bardzo ich z powrotem zbliżyła. Oboje pamiętali jednak, że teraz mogą być jedynie przyjaciółmi, dlatego żadne z nich nie przekroczyło niebezpiecznej granicy intymności. Poza tym Lorana powiedziała na łodzi prawdę. Kochała Derrę tak, jak nigdy nie udałoby jej się pokochać żadnego mężczyzny.
Wreszcie także Quatessinkę zmogła senność, przysnęła więc, wtuliwszy twarz w zagłówek fotela Lorany i nerwowo przygryzając palce.
Czuła ciężki zapach perfum tamtej, z którymi malarka nie lubiła się rozstawać. Jej podobno czarne, cudownie gęste włosy łaskotały nos nastolatki. Lorana wciąż była nachylona pod kątem kilku stopni, przyprawiając malarkę o lekki zawrót głowy i zmuszając do ostrożnego chodzenia, a łódź podskakiwała nieprzyjemnie przy każdym silniejszym skręcie. Zaczęły ją nagle męczyć mdłości. Miała nadzieję, że uda jej się ukryć ten fakt przed Aldorentem, który miałby kolejny powód, by poczuć się jak człowiek, a i to mogłoby nie wystarczyć. Należało więc ze względu na Loranę śpiewny quatessiński, ani angielski, do którego musiała przywyknąć. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że ci wszyscy ludzie mówią po entoriańsku, w jej ojczystym, na wpół zapomnianym języku.
Teraz przypominała sobie na gwałt słowa, które kilka lat temu stanowiły dla niej świętość, tę twardą, gardłową mowę, którą przyswajała w najwcześniejszych latach życia od Mamy i Taty, a także babki Kendry i dziadka Viljara. Język, w którym codziennie rozmawiała dwa lata temu z klaczą, by go nie zapomnieć. Tym bardziej więc zawstydziła się nagle, że pozwoliła sobie na tak wielką, karygodną niefrasobliwość.