Losowy tekscik:



-Co teraz, Derro? Gdzie mieszkają twoi rodzice? To chyba pamiętasz?
Gorączkowo usiłowała sobie przypomnieć topografię Sokoła. Tak, to z grubsza pamiętała. Zabudowania nie skupiały się wzdłuż kilku przecinających się, wybrukowanych ulic jak w małych miasteczkach, których mieszkańcy nie utrzymywali się z uprawy ziemi i hodowli zwierząt, ale były rozrzucone pozornie bezładnie po okolicy, sięgając w kierunku wschodnim niemal do rzeki. Do każdego domostwa prowadziła ścieżka na tyle szeroka,by mógł nią swobodnie przejechać wóz konny. Piaszczyste te dróżki stawały się w miesiącach Kytorn, Flamerule i Eleasias, gdy słonce świeciło niemal bez przerwy, a deszcz podał rzadko, tak wyschnięte, że kiedy biegło po nich dziecko, gryzący kurz dostawał mu się bez przeszkód do nosa i ust. Świetnie pamiętała takie chwile z własnego dzieciństwa, gdy dokazywała beztrosko z kuzynami.
Nie, nawet zakładając, że pamiętała, gdzie stoi gospodarstwo jej rodziców, wciąż nie mogła poprowadzić Aldorenta, ponieważ nie wiedziała, w którym dokładnie miejscu znajdują się obecnie. Jej niepełnosprawność była bardzo dużym utrudnieniem. Gdyby widziała, z pewnością trafiłaby z tak bliska do domu bez niczyjej pomocy.
Budynki we wsi nie były numerowane, jak działo się to w miastach, jeśli chciało się kogoś znaleźć, należało po prostu rozpytywać o tę osobę po nazwisku. W Sokole wszyscy znali wszystkich. Ta zasada dotyczyła w szczególności jej rodu.
-Wyjdź i zapytaj kogoś – bąknęła ze zdenerwowaniem. – Wystarczy, że zagadniesz o rminę Amno. To córka przywódczyni, każdy wskaże nam drogę do jej domu.
-Zapytajmy razem – zaproponował. – Ty jesteś stąd. Ludzie będą mniej nieufni. Jeśli pójdę sam, będę musiał najpierw odpowiedzieć na mnóstwo pytań.
-Nie – skuliła się jak przestraszone dziecko, jeszcze mocniej przyciskając twarz do zagłówka. – Nie pójdę. Nie chcę, żeby ktoś na mnie patrzył.
-Derro, twoja gromada na pewno bardzo ucieszy się z twojego powrotu – odparł, starając się, by zabrzmiało to łagodnie. – Nie masz się czego bać. To twój dom. Nikt cię tu nie skrzywdzi.
-Nigdzie nie jest bezpiecznie, nie rozumiesz tego? – Derra wyrwała rękę, znów krzyżując je obie na podołku. – Oni są jak jastrzębie, gotowi spaść bez ostrzeżenia nawet na środku oceanu. Wywieziesz mnie teraz do jakiegoś następnego kraju i co dalej? Tam też mnie znajdą i będę tak uciekać bez ustanku? Nie, nie mam ocoty tak żyć.
-To tylko... jeszcze ten jeden raz, Derro. Zaufaj mi. No, bądź dobrze wychowaną dziewczynką i ubierz się porządnie, bo czeka nas daleka droga.
-Jeśli chcesz, jedź sama, tylko szybko wracaj. Będę na ciebie czekała w naszym domu.
-Derro, nie doprowadzaj mnie do wściekłości.